To nie jest wystawa trzydziestu obrazów. To opowieść o chwili, w której człowiek przestaje się tłumaczyć i sprawdza, czy może zostać przyjęty takim, jaki jest – bez objaśnień, usprawiedliwień i ochronnej warstwy słów.
Są wystawy, które można obejrzeć z bezpiecznej odległości. „Połączenia” na to nie pozwalają. Nie dlatego, że krzyczą najgłośniej, lecz dlatego, że dotykają tego, co człowiek zwykle ukrywa: głodu bliskości, zmęczenia własną siłą, lęku przed utratą i pragnienia, aby choć raz nie musieć wyjaśniać siebie innym.
Ludmiła Riabkowa nie maluje gotowych historii. Maluje stan bycia pomiędzy. Pomiędzy domem a drogą, dotykiem a oddaleniem, miłością a strachem przed nią, potrzebą drugiego człowieka a walką o zachowanie własnej wolności. Postacie na jej obrazach zbliżają się do siebie, ale bliskość nie zawsze przynosi ukojenie. Pocałunek może być obietnicą albo pożegnaniem. Objęcie może ratować, lecz może również więzić. Krzyk nie musi wydobywać się z ust, aby dało się go usłyszeć.
Nie wiemy, co wydarzyło się chwilę wcześniej ani co nastąpi za moment. I właśnie ta niewiedza jest w tych obrazach uczciwa. Artystka nie rozwiązuje za nas zagadki człowieka, bo człowiek nie jest równaniem z jedną poprawną odpowiedzią.
Wcześniejsza opowieść „O Domu” prowadziła przez miejsca, doświadczenia i pamięć do odnalezienia własnej przestrzeni. „Połączenia” zdają się pytać o to, co dzieje się później. Bo można znaleźć dom na mapie, a mimo to nadal wędrować wewnątrz siebie. Można zapuścić korzenie i wciąż szukać odpowiedzi na pytanie, kim się jest, kiedy zdejmuje się kolejne role przyjęte dla innych.
Podczas wernisażu Ludmiła Riabkowa nie stanęła obok swoich prac jak ktoś, kto zamierza je objaśnić. Weszła w ich rytm. Ciało, ruch, zatrzymanie i napięcie stały się przedłużeniem malarstwa. Nie oglądaliśmy przedstawienia zbudowanego po to, by cokolwiek uprościć. Byliśmy świadkami odsłaniania kolejnych warstw – pamięci, kobiecości, buntu, kruchości i potrzeby wolności.
Artystka sama mówi, że nowe obrazy wypływają „prosto z flaków”. To określenie brutalne, ale prawdziwe. Tego malarstwa nie da się oddzielić od człowieka, który je stworzył. Nie powstało po to, by być grzeczne, łatwe do sprzedania ani wygodne dla odbiorcy. Jest próbą ocalenia własnego głosu przed oczekiwaniami innych.
Taka wolność nie jest jednak triumfalnym gestem. Ma swoją cenę. Kiedy artysta przestaje zabiegać o aprobatę, zostaje sam naprzeciw własnej wrażliwości. Bez zasłony, za którą można się schować. Riabkowa nie ukrywa pęknięć. Przeciwnie – pozwala im mówić. Jedna z myśli towarzyszących wystawie brzmi: „Ułomność jest błogosławieństwem”. Nie dlatego, że cierpienie należy upiększać, ale dlatego, że właśnie przez szczeliny najczęściej docieramy do prawdy o sobie.
Określenie „Artystka Wędrującej Duszy” mogłoby wydawać się tylko poetyckim przydomkiem. W „Połączeniach” staje się opisem sposobu tworzenia. Ta dusza nie wędruje po to, by uciec. Wędruje, aby odnajdywać fragmenty siebie pozostawione w miejscach, ludziach, miłościach, rozstaniach i obrazach.
„Połączenia” nie żądają zachwytu. Żądają obecności. Pytanie: „Co artystka chciała powiedzieć?” okazuje się tu najłatwiejszą drogą ucieczki. Znacznie trudniej zapytać: „Co ten obraz mówi o mnie?”.
Być może właśnie na tym polega najgłębsze z tytułowych połączeń. Nie na tym, że jeden człowiek w pełni zrozumie drugiego – bo to prawdopodobnie niemożliwe. Wystarczy, że przez chwilę oboje przestaną udawać, iż są łatwi do zrozumienia.
Wystawa nie kończy się więc przy wyjściu z galerii. Pozostaje w miejscu, do którego najrzadziej pozwalamy komukolwiek dotrzeć – pomiędzy tym, co naprawdę czujemy, a tym, co potrafimy nazwać.
Piękne, niepokojące i bardzo osobiste. „Połączenia” Ludmiły Riabkowej dotykają tego, co ukrywamy
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze