Minęły ponad trzy dekady, a zabójstwo najsłynniejszego karkonoskiego przewodnika wciąż nie ma sprawcy. W tej historii jest wszystko: człowiek-legenda, mieszkanie pełne zbiorów, motyw rabunkowy, który nie pasuje do strat, motyw seksualny i śledztwo, które bardziej przypominało gaszenie pożaru wizerunkowego niż polowanie na zabójcę. A do tego legenda o „tajnych archiwach”, która świetnie się klika, ale prowadzi donikąd.
W nocy z 12 na 13 stycznia 1993 roku w swoim mieszkaniu w Cieplicach zamordowany został Tadeusz Steć – postać dla Karkonoszy niemal symboliczna. Przewodnik, autor, popularyzator, człowiek, którego nazwisko znało pół regionu, a drugie pół przynajmniej słyszało. Sprawa od początku była głośna, bo dotyczyła kogoś rozpoznawalnego. A jednak – mimo upływu lat – nie doczekała się tego, co w kryminale jest najważniejsze: odpowiedzi „kto i dlaczego”.
Jego życiorys od początku był barwny i nieoczywisty. Po wojnie trafił na Dolny Śląsk jako przesiedleniec, próbował różnych dróg. W pewnym momencie znalazł się w klasztorze – rozpoczął nowicjat, ale ostatecznie został z zakonu usunięty kiedy na jaw wyszły jego preferencje seksualne. Ten epizod, często bagatelizowany w laurkowych biogramach, jest ważny, bo pokazuje Stecia jako człowieka, który szukał dla siebie miejsca, a jednocześnie nie mieścił się w ramach. Podobnie było ze studiami: rozpoczął historię, ale ich nie ukończył. Mimo to przez lata funkcjonował w otoczeniu jako „magister” – i co charakterystyczne, niewiele osób to kwestionowało, bo miał coś, czego nie da się podrobić samą pieczątką z uczelni: wiedzę.
Steć był samoukiem w starym stylu. Czytał nałogowo, zbierał materiały, wchłaniał region jak gąbka. Miał świetną pamięć, swobodę w opowiadaniu, języki, erudycję. Dzięki temu mógł uchodzić za człowieka wykształconego nawet wtedy, gdy formalnie nie domykał swojej edukacyjnej historii. I to jest jeden z kluczy do jego fenomenu: ludzie nie jechali w Karkonosze tylko „na szlak”, oni jechali na Stecia. Na jego opowieści, dygresje, anegdoty, styl.
Właśnie dlatego jego zabójstwo uderzyło w region tak mocno. Zginął ktoś, kto dla wielu był twarzą Karkonoszy – a jednocześnie ktoś, kto żył samotnie i miał wokół siebie aurę prywatności, dystansu, selektywnego dopuszczania ludzi do swojego świata. To automatycznie rodziło pytanie: kto miał do niego dostęp? Kto potrafił przejść przez tę barierę?
Zanim jednak ktoś zacznie szukać tajnych dokumentów, przez które miał zginąć, warto spojrzeć na to, co w tej sprawie jest najbardziej przyziemne – i zarazem najbardziej niepokojące. Steć uchodził za człowieka ostrożnego i nieufnego. Mieszkał sam, obcych raczej nie wpuszczał, a kontakt z nim bywał utrudniony. Tym bardziej istotne jest pytanie, które wraca w niemal każdej relacji o tej zbrodni: skoro był tak ostrożny, to jakim cudem sprawca znalazł się w środku? Najbardziej logiczny wniosek jest brutalnie prosty – musiał to być ktoś, kogo znał albo ktoś, kogo wpuścił bez podejrzeń.
Początkowo rozważano motyw rabunkowy. I trudno się dziwić. Steć miał w mieszkaniu rzeczy, które mogły wyglądać jak skarbiec kolekcjonera: książki, starodruki, monety, mapy, materiały, przedmioty o wartości nie tylko sentymentalnej. Takie mieszkanie, przynajmniej na papierze, powinno być łakomym kąskiem dla złodzieja. Tyle że w tej historii motyw rabunkowy ma słaby punkt: według relacji i opowieści krążących wokół sprawy zniknęła niewielka część pieniędzy, natomiast wiele cennych przedmiotów miało pozostać na miejscu. To nie pasuje do „zwykłej kradzieży”, gdzie sprawca bierze to, co ma wartość, i znika.
I tu pojawiają się dwie możliwości. Albo sprawca był amatorem – ktoś, kto wszedł po pieniądze, spanikował, zostawił resztę i uciekł. Albo – i to brzmi bardziej logicznie – sprawca nie przyszedł po „wartości ogólne”, tylko po coś konkretnego. Dokument, przedmiot, notatki, coś, co miało znaczenie tylko dla niego. Wtedy zniknięcie „niewielkiej kwoty” mogło być dodatkiem, a nie celem. Wtedy mieszkanie pełne zbiorów nie było skarbcem, tylko labiryntem, w którym ktoś szukał jednego wyjścia.
W tle od początku przewijał się też wątek obyczajowy. Steć był homoseksualistą – i to nie jest temat do szeptania w kącie, bo w tej sprawie to mogło mieć znaczenie czysto kryminalne. Relacje, spotkania, ryzyko szantażu, konflikt, zazdrość, przemoc w relacji – to są realne mechanizmy, które w kryminalistyce nie są żadną sensacją, tylko codziennością. Jeśli sprawca był „blisko”, to prywatne życie ofiary staje się naturalnym polem dochodzenia.
Tyle że tu pojawia się druga warstwa: klimat początku lat 90. To były czasy, w których wątek homoseksualny w śledztwie nie zawsze był analizowany chłodno i profesjonalnie. Bywał traktowany jako „wstydliwy problem”, który lepiej zamknąć szybciej niż drążyć. W sprawie Stecia przez lata powraca sugestia, że śledztwo prowadzone było w sposób nieudolny, chaotyczny i ostatecznie sprzyjający niewykryciu sprawców. I to jest druga ważna oś świeżego spojrzenia: być może największą tajemnicą tej sprawy nie jest „kto zabił”, tylko „dlaczego nie doprowadzono jej do końca”.
Jest jeszcze jeden element biografii Stecia, który do dziś budzi emocje, a jednocześnie mógł mieć znaczenie czysto praktyczne: jego epizod współpracy z SB. W relacjach i publikacjach poświęconych przewodnikowi pojawia się informacja, że w czasach PRL był on werbowany do kontaktów z bezpieką, a w tle miały się pojawiać „haki obyczajowe”. To wątek, który w latach 90. nadal działał jak zapalnik – bo nawet jeśli taka współpraca była marginalna, samo jej istnienie mogło tworzyć wokół Stecia atmosferę nieufności, plotek i strachu.
Nie chodzi tu o prostą tezę, że „zabiły go służby”, bo to jest myślenie życzeniowe ludzi, którzy w każdej niewyjaśnionej sprawie chcą widzieć wielką operację. Wątek SB jest istotny z innego powodu: pokazuje, że Steć żył na styku różnych światów. Z jednej strony był człowiekiem gór i turystyki, z drugiej – osobą o bogatej sieci kontaktów, poruszającą się w środowiskach, w których informacja bywała walutą. W realiach PRL przewodnik znający języki, oprowadzający zagranicznych turystów i mający dostęp do ludzi, miejsc i opowieści, mógł być dla służb interesujący nawet bez żadnej „wielkiej tajemnicy”.
W regionie mówiło się o naciskach, o tym, że pewne wątki były niewygodne, że pojawiali się ludzie, którzy „nie chcieli rozdmuchiwania” sprawy. Tego nie da się dziś udowodnić jednym cytatem, ale da się uczciwie postawić pytanie: czy gdyby ofiarą był anonimowy mieszkaniec, a nie znana postać, śledztwo wyglądałoby tak samo? I odwrotnie: czy właśnie dlatego, że był znany, sprawa była „zbyt gorąca”, by ją prowadzić do końca w sposób bezkompromisowy?
I tu zaczyna się mechanizm, który warto nazwać po imieniu: gdy brakuje sprawcy, rośnie legenda. A legenda wchodzi na miejsce faktów jak wilgoć w stary mur – powoli, konsekwentnie, aż w końcu trudno oddzielić, co było realnym tropem, a co tylko dobrze brzmiącą historią. W różnych publikacjach popularnych i regionalnych zestawieniach Steć bywa przedstawiany jako ofiara zbrodni owianej tajemnicą, w której domyślnie „chodziło o coś więcej”. W sprawie zabójstwa Tadeusza Stecia tym zdaniem stały się Radomierzyce.
Radomierzyce to niewielka miejscowość niedaleko Zgorzelca, z pałacem na wodzie, który po wojnie – jak wiele podobnych obiektów na Dolnym Śląsku – obrósł legendami o ukrytych skrytkach, sejfach i dokumentach. Według najbardziej nośnej wersji, pod koniec wojny Niemcy mieli zwozić do pałacu tajne materiały związane z działalnością służb specjalnych III Rzeszy. W tej opowieści pojawia się nazwisko Waltera Schellenberga, wysokiego rangą oficera SS i jednego z kluczowych ludzi niemieckiego wywiadu. To ma działać jak pieczęć autentyczności: jeśli Schellenberg, jeśli RSHA, jeśli sejfy – to znaczy, że „musiało tam być coś dużego”.
Według sensacyjnej hipotezy, w 1945 roku do Radomierzyc miała dotrzeć polska grupa wojskowo-wywiadowcza, która przejęła to archiwum. W tej grupie – w kolejnych wersjach opowieści – pojawiają się nazwiska Piotra Jaroszewicza (późniejszego premiera PRL) oraz Jerzego Fonkowicza, człowieka związanego ze służbami i wywiadem. A obok nich, jako trzeci element układanki, ma się pojawiać młody Tadeusz Steć. Narracja jest prosta i bardzo filmowa: trzech ludzi widziało dokumenty, notowało, coś wyniosło, a potem – wiele lat później – wszyscy trzej giną w niewyjaśnionych okolicznościach. Wniosek, który ma się sam narzucić czytelnikowi, brzmi: ktoś „sprzątał świadków” i odzyskiwał tajemnice archiwum.
Brzmi świetnie. Tyle że właśnie dlatego trzeba tę hipotezę czytać ostrożnie, bo jej największą siłą jest konstrukcja narracyjna, nie dowód.
Pierwszy słaby punkt jest banalny, ale kluczowy: chronologia. Z dostępnych biogramów i relacji o życiu Stecia wynika, że na Dolny Śląsk trafił dopiero po wojnie, w 1946 roku, już jako przesiedleniec. Jeśli tak, to jego obecność w Radomierzycach w czerwcu 1945 roku staje się co najmniej wątpliwa. Oczywiście można zawsze powiedzieć: „mógł być wcześniej, a potem to ukrył”. Tyle że to jest już typowy mechanizm legendy – gdy fakt nie pasuje, dopisuje się furtkę.
Drugi słaby punkt to źródło samej opowieści. Wersje o udziale Stecia w „akcji Radomierzyce” pojawiają się przede wszystkim w literaturze i publicystyce, która od lat miesza fakty z sensacją. I tu dochodzimy do sedna: jeśli podstawą jest opowieść, a nie dokument, to taka hipoteza może funkcjonować jako ciekawostka, ale nie jako wyjaśnienie zabójstwa.
Trzeci problem jest jeszcze bardziej fundamentalny: Radomierzyce stały się w tej historii czymś w rodzaju „magicznego klucza”, który ma otwierać wszystkie drzwi. Tyle że prawdziwe zbrodnie rzadko działają jak film szpiegowski. Jeśli ktoś miałby mordować po kilkudziesięciu latach, bo trzech ludzi widziało dokumenty w 1945 roku, to musiałby działać z zimną konsekwencją i wciąż mieć interes w zamykaniu ust. Tymczasem w sprawie Stecia mamy raczej obraz zabójstwa, które wygląda na przyziemne i dokonane „blisko”: w mieszkaniu, do którego trudno wejść przypadkowo, bez śladów wielkiej operacji. To nie pasuje do scenariusza „profesjonalnego czyszczenia świadków”.
Czwarty słaby punkt jest psychologiczny – i dotyczy samego Stecia. On był człowiekiem, który uwielbiał opowiadać i budować wokół siebie aurę wyjątkowości. Miał realną wiedzę i dorobek, ale jednocześnie lubił podkręcać własną legendę. W takim przypadku każda historia o „tajnych dokumentach” jest podejrzanie wygodna, bo pasuje do wizerunku „króla Sudetów”, który zna sekrety większe niż przeciętny człowiek. Innymi słowy: nawet jeśli Steć opowiadał o Radomierzycach, nie oznacza to automatycznie, że w nich był.
I wreszcie piąty punkt, najbardziej trzeźwy: legenda Radomierzyc jest w tej sprawie atrakcyjna, bo odciąga uwagę od tego, co naprawdę niewygodne. Od relacji prywatnych, od możliwych konfliktów, od motywu rabunkowego, który nie do końca się składa, i od pytania, czy śledztwo było prowadzone tak, jak powinno. „Archiwum SS” działa jak narracyjny narkotyk: daje emocję i wrażenie, że wszystko ma sens. Tylko że sens nie jest dowodem.
Co gorsza, czasem te opowieści nie są nawet spontaniczne. Istnieją źródła, które wprost wskazują, że sensacyjne „połączenia” i tropy mogły być wytwarzane jako dezinformacja lub publicystyczna konstrukcja – coś, co miało żyć w przestrzeni medialnej, niezależnie od realnych dowodów. To już jest poziom wyżej: nie tylko legenda rodzi się sama, ale bywa, że ktoś ją świadomie hoduje, bo legenda jest wygodna. Przykrywa niewiedzę. Daje emocje. Sprzedaje się.
A przecież najważniejszy punkt tej historii jest brutalnie prosty: człowiek zginął, sprawy nie wyjaśniono, a czas działa na korzyść sprawcy. I jeśli w tym miejscu ktoś oczekuje wielkiego odkrycia, trzeba go rozczarować. Bo prawda o wielu niewyjaśnionych zbrodniach jest taka, że one nie są „mroczne i fascynujące”. One są po prostu smutne. I wcale nie muszą mieć drugiego dna, żeby były przerażające.
Dlatego warto odwrócić perspektywę. Może najgorsze w sprawie Stecia nie jest to, że „nie wiemy”. Najgorsze jest to, że przez lata zaczęliśmy udawać, że wiemy – tylko każdy coś innego. A w tym chaosie wersji ginie najprostszy obowiązek: pamiętać o ofierze bez robienia z niej rekwizytu do lokalnej mitologii. Można więc postawić tezę mniej efektowną, ale uczciwszą: sprawa Stecia nie musi mieć drugiego dna, żeby była przerażająca. Może być po prostu niewyjaśnionym zabójstwem człowieka znanego, samotnego, obudowanego legendą. A im dłużej nie ma odpowiedzi, tym łatwiej tę legendę dopisać. Tylko że dopisana legenda nie przybliża do prawdy. Ona ją zasłania.
Zabójstwo Tadeusza Stecia pozostaje niewyjaśnione. To zdanie jest krótkie i zimne jak styczniowa noc. I być może właśnie dlatego tak wielu ludzi próbuje je ogrzać ogniem sensacji. Tyle że sensacja daje ciepło tylko na chwilę. Potem zostaje dym.
Zabójstwo Tadeusza Stecia. Sprawa przykryta legendą
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Polecam książkę: „Tak będzie proście”j Przemysława Semczuka
Pracując w Muzeum natknęłam się na wspomnienia matki Stecia z powstania warszawskiego (rękopis matki i maszynopis z notatkami Stecia) z którego wynika że przyjechał tu z matką wcześniej niż 46. Po jego śmierci, jego księgozbiór trafił właśnie do Muzeum. Ówczesny dyrektor S.Firszt mówił, że tam było wiele starodruków i że często zdarzało mu się wymieniać cenne rzeczy na interesujące go dokumenty. Napewno tak zrobił u ojców Pijarów w Cieplicach. Bo niby skąd u mnicha, kosztowna grafika na odwrocie podpisana własność T.Steć
Przeczytałem artykuł z przyjemnością. Ma Pan lekkie pióro, a przy tym nie widzę ciągotek do wszelkiego rodzaju teorii spiskowych. Gratulacje ! T. Stecia znam jedynie z opowieści. Osobiście zetknąłem się jedynie z jego mieszkaniem i zawartością tegoż. Po śmierci TS, sąd zarządził spisanie majątku, którego dokonał komornik sądowy (nie pamiętam, ale chyba Kopeć - I Rewir). Mieszkanie było wypadkową połączenia muzeum z magazynem staroci, (nie-)zwykłego lamusa, zbiorem "aktualiów" (np. tysiące pocztówek czy ponad - chyba - dwieście kaset wideo), sterty albumów i klaserów znaczków ze znaczkami pocztowymi, podobnie z monetami o wartości nawet wtedy trudnej oszacowania. Książki to osobny temat; były tam jeszcze dziwiętnastowieczne pozycje o geologii, botanice, geografii w ogóle i czym tylko, opisujące niezwykle szczegółowo Riesengebirge i Isergerbirge, ale też całych Sudetów, oraz sporo miast z Wrocławiem, Legnicą i Wałbrzychem. Była nawet jakaś ciekawa pozycja o mojej Oleśnicy. Wszystko pięknie wydane. Niestety, sąd wydał klucze ustanowionej opiekunce matki pana Tadeusza. Matka, mieszkająca w sąsiedniej klatce, była osobą całkowicie niezdolną do samodzielnego życia. Opiekunka natomiast okazała się osobą ponadprzeciętnie przedsiębiorczą. Kiedy po kilku miesiącach (ponad roku - ?) weszliśmy tam, jako Urząd Skarbowy, aby zabezpieczyć majątek obu mieszkań, zastaliśmy już istne pobojowisko. Nasze pierwsze wejście razem z pracownikami muzeum było filmowane na kamerze VHS i nagranie z tego pewnie nadal jest w posiadaniu Muzeum. Był to pomysł dyr. Firszta i - gdyby były jakieś postępowania - mógł się okazać zbawczy. Mieliśmy spis dokonany przez komornika sądowego, ale okazał się mało przydatny. Pomocny był, i tylko częściowo, przy regałach z książkami. O ile nie zostały przez opiekunkę i jej klientów-szabrowników przerzucone w poszukiwaniu co cenniejszych pozycji. Ciekawostka: jej działalność była w pewnych kręgach na tyle znana, że dziennikarze dopuścili się nawet (udanej !)prowokacji. Przy spisywaniu książek - i porównywaniu z opisem KS - sporym utrudnieniem był druk w gotyku. Był też zabawny przypadek z obrazem Fałata, bo była taka pozycja w spisie KS, a nieodżałowany dyr. Firszt już go widział na ścianie w muzeum. Po wejściu do mieszkania, zobaczyliśmy na ścianie obrazek wydany (wydrukowany i oprawiony w listewki ) przez KAW, w cenie kilku paczek papierosów, jakich wtedy było sporo w sprzedaży. A co samego zabójstwa (czy morderstwa, bo to jednak nie to samo !) - kiedy po kilku bezowocnych latach poszukiwań zabójcy , a nawet pokazaniu sprawy w legendarnym programie Fajbusiewicza "997", pojawiła się informacja, że aresztowano człowieka, którego próbowano "skleić" ze sprawą TS, były już milicjant - prowadzący postępowanie - powiedział mi krótko: to nie on. WK
Polecam książkę: „Tak będzie proście”j Przemysława Semczuka
Pracując w Muzeum natknęłam się na wspomnienia matki Stecia z powstania warszawskiego (rękopis matki i maszynopis z notatkami Stecia) z którego wynika że przyjechał tu z matką wcześniej niż 46. Po jego śmierci, jego księgozbiór trafił właśnie do Muzeum. Ówczesny dyrektor S.Firszt mówił, że tam było wiele starodruków i że często zdarzało mu się wymieniać cenne rzeczy na interesujące go dokumenty. Napewno tak zrobił u ojców Pijarów w Cieplicach. Bo niby skąd u mnicha, kosztowna grafika na odwrocie podpisana własność T.Steć
Przeczytałem artykuł z przyjemnością. Ma Pan lekkie pióro, a przy tym nie widzę ciągotek do wszelkiego rodzaju teorii spiskowych. Gratulacje ! T. Stecia znam jedynie z opowieści. Osobiście zetknąłem się jedynie z jego mieszkaniem i zawartością tegoż. Po śmierci TS, sąd zarządził spisanie majątku, którego dokonał komornik sądowy (nie pamiętam, ale chyba Kopeć - I Rewir). Mieszkanie było wypadkową połączenia muzeum z magazynem staroci, (nie-)zwykłego lamusa, zbiorem "aktualiów" (np. tysiące pocztówek czy ponad - chyba - dwieście kaset wideo), sterty albumów i klaserów znaczków ze znaczkami pocztowymi, podobnie z monetami o wartości nawet wtedy trudnej oszacowania. Książki to osobny temat; były tam jeszcze dziwiętnastowieczne pozycje o geologii, botanice, geografii w ogóle i czym tylko, opisujące niezwykle szczegółowo Riesengebirge i Isergerbirge, ale też całych Sudetów, oraz sporo miast z Wrocławiem, Legnicą i Wałbrzychem. Była nawet jakaś ciekawa pozycja o mojej Oleśnicy. Wszystko pięknie wydane. Niestety, sąd wydał klucze ustanowionej opiekunce matki pana Tadeusza. Matka, mieszkająca w sąsiedniej klatce, była osobą całkowicie niezdolną do samodzielnego życia. Opiekunka natomiast okazała się osobą ponadprzeciętnie przedsiębiorczą. Kiedy po kilku miesiącach (ponad roku - ?) weszliśmy tam, jako Urząd Skarbowy, aby zabezpieczyć majątek obu mieszkań, zastaliśmy już istne pobojowisko. Nasze pierwsze wejście razem z pracownikami muzeum było filmowane na kamerze VHS i nagranie z tego pewnie nadal jest w posiadaniu Muzeum. Był to pomysł dyr. Firszta i - gdyby były jakieś postępowania - mógł się okazać zbawczy. Mieliśmy spis dokonany przez komornika sądowego, ale okazał się mało przydatny. Pomocny był, i tylko częściowo, przy regałach z książkami. O ile nie zostały przez opiekunkę i jej klientów-szabrowników przerzucone w poszukiwaniu co cenniejszych pozycji. Ciekawostka: jej działalność była w pewnych kręgach na tyle znana, że dziennikarze dopuścili się nawet (udanej !)prowokacji. Przy spisywaniu książek - i porównywaniu z opisem KS - sporym utrudnieniem był druk w gotyku. Był też zabawny przypadek z obrazem Fałata, bo była taka pozycja w spisie KS, a nieodżałowany dyr. Firszt już go widział na ścianie w muzeum. Po wejściu do mieszkania, zobaczyliśmy na ścianie obrazek wydany (wydrukowany i oprawiony w listewki ) przez KAW, w cenie kilku paczek papierosów, jakich wtedy było sporo w sprzedaży. A co samego zabójstwa (czy morderstwa, bo to jednak nie to samo !) - kiedy po kilku bezowocnych latach poszukiwań zabójcy , a nawet pokazaniu sprawy w legendarnym programie Fajbusiewicza "997", pojawiła się informacja, że aresztowano człowieka, którego próbowano "skleić" ze sprawą TS, były już milicjant - prowadzący postępowanie - powiedział mi krótko: to nie on. WK