Las na obrzeżach Żagania pamięta znacznie więcej niż tylko słynną „Wielką Ucieczkę”. Historia obozów jenieckich w tym miejscu zaczęła się na długo przed II wojną światową. Jeszcze zanim powstał Stalag Luft III, byli tu jeńcy wojen napoleońskich, później ogromny obóz z czasów I wojny światowej, a dopiero na końcu gigantyczny kompleks obozów III Rzeszy. Dopiero z tej perspektywy można zrozumieć, czym naprawdę jest dziś Muzeum Obozów Jenieckich w Żaganiu.
Już w 1813 roku, podczas wojen napoleońskich, na terenach dzisiejszego Żagania przetrzymywano jeńców wojennych. Do dziś zachowała się mogiła żołnierzy napoleońskich przypominająca, że historia tego miejsca ma ponad 200 lat. Potem przyszła wojna francusko-pruska, a następnie I wojna światowa. Niemcy utworzyli wówczas na dawnym poligonie ogromny obóz jeniecki Gefangenenlager Sagan. Trafiali tam Rosjanie, Francuzi, Brytyjczycy, Belgowie, Serbowie, Rumuni i Włosi. Przez obóz przewinęły się dziesiątki tysięcy ludzi. Ślady tamtego czasu nadal istnieją.
Dopiero podczas II wojny światowej Niemcy rozbudowali cały kompleks obozowy do gigantycznych rozmiarów. Powstały m.in. Dulag Kunau, Stalag VIII C oraz najbardziej znany Stalag Luft III przeznaczony dla alianckich lotników. To właśnie ten ostatni przeszedł do światowej historii za sprawą jednej z najbardziej niezwykłych ucieczek wojennych.
Dziś teren muzeum sprawia z pozoru spokojne wrażenie. Sosnowy las, ścieżki edukacyjne, rekonstrukcje baraków i wież strażniczych. Cisza. Dopiero po chwili człowiek zaczyna rozumieć, że to właśnie tutaj przez dziesięciolecia przewijały się kolejne armie, kolejne wojny i kolejne tysiące ludzi pozbawionych wolności.
Zwiedzanie muzeum zaczyna się od historii całego kompleksu obozowego. Fotografie, dokumenty, elementy wyposażenia baraków, przedmioty wykonane przez jeńców. W wielu miejscach bardziej niż sama ekspozycja działa świadomość miejsca. To nie jest muzeum stworzone od podstaw. To teren autentycznej historii, która przez ponad sto lat była związana z wojną i niewolą.
Największe emocje budzi oczywiście Stalag Luft III. Niemcy stworzyli go w 1942 roku jako specjalny obóz dla alianckich lotników. Uważano go za praktycznie niemożliwy do sforsowania. Piaszczyste podłoże miało utrudniać kopanie tuneli. Baraki ustawiano na podwyższeniach, instalowano urządzenia nasłuchowe, a teren otaczały druty i wieże wartownicze. A mimo to właśnie tutaj rozpoczęła się jedna z największych operacji ucieczkowych II wojny światowej.
Inicjatorem całego przedsięwzięcia był Roger Bushell — południowoafrykański pilot służący w RAF, znany w obozie pod pseudonimem „Big X”. To właśnie on stworzył koncepcję masowej ucieczki ze Stalagu Luft III.
Bushell nie był romantycznym marzycielem, tylko człowiekiem obsesyjnie zorganizowanym. Miał już za sobą wcześniejsze próby ucieczek i uważał, że obowiązkiem alianckiego oficera jest nieustanne absorbować siły przeciwnika. Jego logika była brutalnie prosta: nawet jeśli większość uciekinierów zostanie złapana, Niemcy będą musieli zaangażować tysiące ludzi do obław, kontroli i śledztw zamiast wysyłać ich na front.
To Bushell powołał specjalną organizację ucieczkową działającą wewnątrz obozu. Plan od początku był szalony — zakładano wykopanie nie jednego, ale trzech tuneli jednocześnie: „Tom”, „Dick” i „Harry”. Chodziło o zmylenie Niemców. Jeśli odkryją jeden tunel, prace przy pozostałych miały trwać dalej.
W przedsięwzięciu uczestniczyły setki jeńców. Powstał wręcz podziemny „kombinat”. Jedni kopali tunele, inni produkowali fałszywe dokumenty, szyli ubrania cywilne, konstruowali piece, pompy powietrza i instalacje elektryczne. Byli specjaliści od zdobywania materiałów, obserwatorzy pilnujący strażników, a nawet ludzie odpowiedzialni wyłącznie za ukrywanie piasku wydobywanego spod ziemi. Piasek wynoszono w nogawkach spodni i rozsypywano podczas spacerów po placu apelowym. Co ciekawe, początkowo wielu jeńców uważało plan Bushella za kompletnie nierealny. Stalag Luft III był projektowany właśnie po to, aby uniemożliwić kopanie tuneli. Baraki stały na podwyższeniach, ziemia była sypka, a wokół działał rozbudowany system kontroli. Bushell odpowiedział na to typowo po wojskowemu — skoro Niemcy są przekonani, że ucieczka jest niemożliwa, trzeba zrobić coś, czego kompletnie się nie spodziewają.
Ostatecznie do ucieczki wybrano tunel Harry. Miał ponad 100 metrów długości i schodził około 9 metrów pod ziemię. Przy takiej długości po kilkunastu minutach pracy zaczynało brakować tlenu. Świece gasły, ludzie dusili się od wilgoci i pyłu. Niemcy specjalnie projektowali obóz tak, by właśnie takie podziemne prace były praktycznie niemożliwe. Zbudowano więc improwizowany system wentylacji oparty na ręcznej pompie tłoczącej powietrze do tunelu. Konstrukcja była wykonywana z tego, co akurat udało się zdobyć lub ukraść w obozie.
Rury wentylacyjne powstały głównie z pustych puszek po mleku w proszku „Klim”, które jeńcy otrzymywali w paczkach Czerwonego Krzyża. Puszki łączono w długie ciągi przewodów biegnących przez cały tunel. Sama pompa była w dużej mierze drewniana i działała trochę jak prymitywny miech albo ręczna sprężarka. Obsługiwano ją ręcznie, tłocząc świeże powietrze do wnętrza wykopu. Do tego w tunelu zamontowano nawet prowizoryczne oświetlenie elektryczne podłączone do instalacji obozowej. Jeńcy kradli przewody elektryczne praktycznie kawałek po kawałku. W efekcie pod ziemią działał miniaturowy „system infrastrukturalny”: wentylacja, światło, drewniane podparcia i wagoniki do transportu piasku.
W nocy z 24 na 25 marca 1944 roku rozpoczęła się słynna „Wielka Ucieczka”. Tunel „Harry” miał około 111 metrów długości i schodził niemal 9 metrów pod ziemię. Plan wydawał się dopracowany niemal perfekcyjnie. Wylot tunelu miał znaleźć się w lesie, poza światłem reflektorów i poza zasięgiem wzroku strażników z wież wartowniczych. Pojawił się jednak problem, który w takich warunkach okazał się katastrofalny.
Jeńcy prowadzili pomiary praktycznie „na ślepo”. Nie mieli profesjonalnych urządzeń geodezyjnych. Odległości liczono prowizorycznie, wykorzystując własnoręcznie wykonane narzędzia, kroki i orientacyjne punkty odniesienia. Dodatkowo zimą 1944 roku część drzew w lesie została wycięta przez Niemców. To właśnie one miały maskować wyjście z tunelu. Gdy kopiący dotarli do końca, okazało się, że „Harry” kończy się kilka metrów przed linią lasu — praktycznie na otwartej przestrzeni.

Pierwotnie uciekinier miał po prostu wychodzić z tunelu ukryty między drzewami i natychmiast znikać w ciemności. Tymczasem każdy wychodzący musiał teraz czołgać się po śniegu przez odsłonięty teren. A noc była jasna, mroźna i dodatkowo utrudniona przez zalegający śnieg. Tunel był bardzo ciasny — miał około 60 centymetrów szerokości. Jeńcy przemieszczali się nim pojedynczo na specjalnych wózkach przesuwanych po prowizorycznych szynach. Samo dotarcie do wyjścia trwało długo. Kiedy okazało się, że ostatni odcinek trzeba pokonywać ostrożnie na powierzchni, tempo jeszcze bardziej spadło.
Pierwotny plan zakładał ucieczkę około 200 ludzi. W praktyce do momentu alarmu z obozu wydostało się 80 jeńców. Do wykrycia doszło około godziny 5 rano. Jeden ze strażników zauważył ruch przy lesie i sylwetkę wychodzącego lotnika. Wtedy rozpoczął się alarm, który zakończył największą operację ucieczkową alianckich jeńców podczas II wojny światowej.
Czterech jeńców zatrzymał wartownik przy wyjściu z tunelu. Jednak 76 wydostało się poza obóz i rozjechało się po całych Niemczech. Do poszukiwań skierowano tysiące ludzi: Gestapo, Kripo, Wehrmacht, policję porządkową, oddziały kolejowe, straż graniczną i lokalnych funkcjonariuszy. Sprawdzano pociągi, dworce, drogi, pensjonaty i gospodarstwa. Niemcy byli wściekli — ucieczka z obozu uznawanego za „nie do sforsowania” była kompromitacją całego systemu bezpieczeństwa Luftwaffe.
Wielu lotników próbowało przedostać się do neutralnych krajów albo dotrzeć do ruchu oporu. Część podróżowała pociągami z fałszywymi dokumentami, inni pieszo przemierzali setki kilometrów. Problem polegał na tym, że wojna była już w fazie totalnej mobilizacji. Kontrole były bardzo dokładne, a obcy akcent, niewłaściwe dokumenty czy nawet sposób zachowania mogły wzbudzić podejrzenia.
Tylko trzem udało się odzyskać wolność. Holender Bram van der Stok przedostał się przez Francję do Hiszpanii. Dwaj Norwegowie: Per Bergsland i Jens Müller dotarli przez Szczecin do neutralnej Szwecji. Pozostałych schwytano.
Hitler początkowo miał domagać się rozstrzelania wszystkich złapanych jeńców (Sagan Befehl), ale po sporach w niemieckim dowództwie wydano rozkaz zamordowania pięćdziesięciu z nich. Egzekucje przeprowadzało Gestapo pod pozorem „prób ucieczki podczas transportu”. Wśród zamordowanych znalazło się także sześciu Polaków: Paweł Tobolski, Stanisław Król, Włodzimierz Kolanowski, Bolesław Karpowski, Kazimierz Pawluk oraz Antoni Kiewnarski.
Film Wielka Ucieczka z 1963 roku zrobił dla historii Stalagu Luft III coś jednocześnie dobrego i złego. Dobrego — bo rozsławił historię „Wielkiej Ucieczki” na całym świecie. Złego — bo sporo widzów do dziś uważa hollywoodzką wersję za wierne odtworzenie wydarzeń. A to już nie jest prawda.
Najważniejszy fakt jest zgodny z historią: rzeczywiście istniał Stalag Luft III pod Żaganiem, rzeczywiście wykopano tunele „Tom”, „Dick” i „Harry”, rzeczywiście uciekło 76 jeńców i rzeczywiście większość została później schwytana. Prawdziwy był także ogromny rozmach operacji: fałszywe dokumenty, cywilne ubrania, wentylacja z puszek po mleku, podziemne oświetlenie i setki ludzi zaangażowanych w przygotowania.
Najbardziej znana scena filmu — motocyklowy pościg i skok przez granicę wykonywany przez Steve McQueen — jest kompletną fikcją. W prawdziwej ucieczce nie brał udziału żaden Amerykanin uciekający motocyklem przez niemieckie pola. Co więcej, amerykańskich jeńców przeniesiono ze Stalagu Luft III kilka miesięcy wcześniej do innego obozu, więc podczas samej „Wielkiej Ucieczki” praktycznie nie uczestniczyli już w operacji. Motocyklowy skok został dodany wyłącznie dlatego, że film potrzebował widowiskowej sceny akcji.
Hollywood mocno uprościł też skład narodowościowy uczestników. W filmie dominują Brytyjczycy i Amerykanie, podczas gdy w prawdziwej historii bardzo ważną rolę odegrali także Polacy, Norwegowie, Holendrzy, Czesi i przedstawiciele innych alianckich narodowości. Film praktycznie marginalizuje udział Polaków. Jednocześnie trzeba uczciwie powiedzieć: jak na kino lat 60., film był zaskakująco dobrze przygotowany historycznie pod względem klimatu, wyglądu obozu i samej idei ucieczki. Problem polega bardziej na tym, że Hollywood zamienił dramat wojenny w opowieść przygodową.
Najsłynniejszy obóz jeniecki. Żagań to historia ukryta za legendarną Wielką Ucieczką
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze